 |
Renate Schmidgall
Podziękowanie z okazji przyznania nagrody im. Karla Dedeciusa 2009
Nigdy nie zamierzałam zostać tłumaczką. Kiedy pod koniec lat siedemdziesiątych uczyłam się języka polskiego na studiach slawistycznych, czytaliśmy wiersze Ryszarda Krynickiego, Leszka Szarugi i innych poetów publikujących w „Pulsie” i „Kulturze”. Nie wiedząc dlaczego, tłumaczyłam te, które mi się najbardziej podobały, gdyż bierna lektura najwyraźniej mi nie wystarczała. Chowałam jednak swoje przekłady do szuflady, bo brakowało mi odwagi, żeby zaproponować komuś ich publikację.
Kiedy kilka lat później szczęśliwym zbiegiem okoliczności nawiązałam kontakt z Karlem Dedeciusem i jego Deutsches Polen-Institut w Darmstadt, dowiedziałam się o planowanej edycji dzieł zebranych Witolda Gombrowicza. Ponieważ Gombrowicz mnie interesował i nawet napisałam pracę magisterską o Ferdydurke, ośmieliłam się zapytać pana Dedeciusa o możliwość współpracy. Karl Dedecius poradził mi, żebym po prostu zwróciła się do wydawnictwa Hanser. I tak w 1984 roku ukazał się opracowany przeze mnie na nowo przekład Pornografii.
Od tej pory zaraziłam się bakcylem translatorskim, chociaż „materia” mojej pracy miała się wkrótce zupełnie zmienić.
W Gombrowiczu bardziej niż styl czy język fascynowała mnie treść jego utworów – psychologiczne podłoże ludzkiej niedojrzałości i zależności jednostki od innych. Moją pasją nie stała się więc ani parodystyczna ani groteskowa literatura okresu międzywojennego, lecz tradycyjny, przesiąknięty humorem i subtelną ironią, niekiedy również melancholijny, sposób opowiadania autorów, którzy byli mi bliscy pokoleniowo, a tematy do swoich książek czerpali głównie z własnych doświadczeń. Byli to Paweł Huelle i jego Weiser Dawidek jako mój pierwszy świadomy wybór przekładu, a potem Stefan Chwin, Aleksander Jurewicz, Andrzej Stasiuk, Marek Ławrynowicz – wreszcie też wielu polskich poetów, którzy niezależnie od tego, czy pisali pod wpływem sytuacji społeczno-politycznej, czy też nie, zawsze szukali odpowiedniego wyrazu dla tego, co ich poruszało: Ryszard Krynicki, Adam Zagajewski, Piotr Sommer, Bronisław Maj, Maciej Niemiec, Marzanna Kielar i wielu innych.
Moja praca wynika z potrzeby ekspresji językowej, toteż właśnie siła promieniowania literatury sprawiła, że poświęciłam się tłumaczeniom. Doszedł do tego również czynnik topograficzny: pierwszą miejscowością w Polsce, która stała mi się bliska, był Gdańsk. Tam miałam przyjaciół, tam śladami Güntera Grassa błądziłam po dolnym Langfuhr, zanim jeszcze Paweł Huelle zachwycił mnie swoim Dawidkiem i to z nim zaczęłam wędrować po górnym Wrzeszczu, gdzie oglądałam wysadzone mosty, cmentarz w Brętowie, oliwskie doliny i inne miejsca występujące w jego powieści. Górny Wrzeszcz Huellego i dolny Langfuhr Grassa oddziela nie tylko linia kolejowa, ale również wojna i okres panowania nazistów. Choć wiele zburzono, miejsca przetrwały, a ich nazwy brzmią dzisiaj po polsku. Huelle, świetny znawca literatury i filozofii niemieckiej, raz po raz przywołuje w swoich powieściach i opowiadaniach topografię rodzinnego miasta, tropiąc przy tym także ślady niemieckie i tkając siatkę miejsc i postaci, która – ponad historyczną katastrofą – zapewnia mu ciągłość i tożsamość. W jednym z moich ulubionych opowiadań, zatytułowanym „Winniczki, kałuże, deszcz”, ojciec narratora rozmawia z panem Kosterke, który przed wojną miał sklep z towarami kolonialnymi. Czytamy tam: „I nagle, jak za dotknięciem niewidzialnej dłoni, pasma czasu w rozrzedzonym powietrzu drewnianej budy zaczęły krzyżować się ze sobą i ciemne wnętrze sklepu wypełniło się zapachem kawy, cynamonu, imbiru, muszkatu, zapachem goździków i mozelskiego wina, a pan Kosterke na nowo miał swoją prawdziwą nogę i stał za lśniącym kontuarem z dębowego drewna, stał paląc papierosa marki Vineta z Danziger Tabakmonopol-Aktiengesellschaft, podczas gdy mój ojciec, po drugiej strony lady, palił cygaretkę Okassa Zarotto kupioną w składzie Kummera w Zielonej Bramie (...)“
Literatura unieważnia czas. Zwykłe miejsca zmienia w miejsca mityczne. Cudownym uczuciem jest odnajdowanie w rzeczywistości ulic oraz domów znanych z literatury – i na odwrót.
Podobnie jak w Gdańsku, czułam się później w Galicji Stasiuka, kiedy stałam na opustoszałym Rynku w Dukli albo patrzyłam na Cergowę, która w Opowieściach galicyjskich usiłuje podtrzymywać niebo. Pod koniec książki czytamy: „Na moment blask skruszył, spopielił ich kości, rozpylił ciała, by zapomniały o swoich imionach i kształtach, o swoim bólu i ciężarze i o czasie, który gnieździ się w żyłach i podobny jest do gorącego piasku albo ołowiu, i nigdy, ale to nigdy, nie pozwala zaznać odpoczynku.“
Jednak
literatura pozwala zaznać odpoczynku . Jest niczym światło, otwierające nową, metafizyczną przestrzeń, w której nasze dusze mogą nieco odetchnąć od codzienności.
Pisanie wydaje się zawsze próbą zachowania miejsc, rzeczy, ludzi i wydarzeń, tak by nie rozpłynęły się w nicości. Tłumaczenie natomiast to dla mnie pisanie obcych tekstów we własnym języku. Nie wiem, jak to się odbywa. W każdym razie jest to czynność uszczęśliwiająca – intuicyjna i twórcza. Praktyka, która nie wymaga znajomości żadnych teorii. Chociaż studiowałam językoznawstwo i literaturoznawstwo, niewiele umiem powiedzieć o procesie tłumaczenia jako takim. Piszę po prostu polski tekst od nowa po niemiecku i, jeśli mi się poszczęści, odbieram tekst niemiecki jako równie udany pod względem treści, rytmu, brzmienia i melodii. I jako równie poruszający. Celem literatury bowiem, o ile w ogóle można jej przypisywać jakikolwiek cel, jest wywołanie poruszenia w sercach i umysłach czytelników.
Jeśli chce się żyć z tłumaczeń, trzeba zrezygnować z wielu rzeczy, i to nie tylko z tych materialnych. Niekiedy chciałabym napisać coś własnego albo zająć się krytyką literacką, ale na to nie starcza mi już czasu ani sił. Mam nadzieję, że wszystko to, z czego muszę rezygnować, przenika – wysublimowane – do tłumaczonych przeze mnie książek. Moim zadaniem jest obdarowywanie niemieckich czytelników dobrą literaturą polską. Jeśli czuję, że uczucie zachwytu, zadumy czy inne emocje, które wywołuje we mnie tekst polski, przenoszą się na nich, sprawia mi to ogromną radość.
Wilhelm Genazino pisze w jednym z esejów: „Większość ludzi czyta tylko po to, żeby stłumić własny niepokój. (…) Udana lektura daje im złudne uczucie, że w samym tekście znajdują swego rodzaju dom, jakąś ponadindywidualną ojczyznę, o której równocześnie wiedzą, że jest ona iluzją.” Chociaż niezwykle cenię świetne teksty Genazina, w tym ostatnim punkcie nie podzielam jego zdania. Dom, który odnajdujemy w literaturze, to nie iluzja – jest on może prawdziwszy i trwalszy niż jakakolwiek inna ojczyzna. Nie sposób utracić poczucia bezpieczeństwa, jakie daje nam literatura. Zatraca się ono dopiero wtedy, kiedy to my sami czujemy się zatraceni.
Dziękuję Fundacji Roberta Boscha za tę nagrodę, za ogromne zaangażowanie na rzecz literatury i tłumaczy, dziękuję członkom jury, którzy wybrali mnie jako tegoroczną laureatkę, dziękuję również panu doktorowi Dedeciusowi, którego niezwykła osobowość przez lata tworzyła aurę Deutsches Polen-Institut i którego ujmujące połączenie swobody i precyzji z pewnością wywarło na moją pracę znacznie większy wpływ, niż to sobie wtedy uświadamiałam.
Dziękuję wreszcie moim autorom za ich cudowne powieści, opowiadania i wiersze, za ich chęć pomocy, za otwarcie mi swoich światów, za wszystkie rozmowy, dyskusje i anegdoty – i za ich przyjaźń, która tak wzbogaca moje życie.
Tłumaczenie Sława Lisiecka
|
|
|
|